Jan Kasprowicz, wykładowca historii sztuki sakralnej i konserwacji, diecezjalny konserwator zabytków. Wielkopolanin Roku 1998. Do plebiscytu organizowanego przez Radio Merkury zgłosili go członkowie Towarzystwa Miłośników Gniezna. W ten sposób chcieli wówczas zwrócić uwagę na jego wieloletnie wysiłki przy renowacji gnieźnieńskich zabytków. Ksiądz Kasprowicz jest spokrewniony z "tymi" Kasprowiczami: jego pradziadek i ojciec słynnego poety byli braćmi. Urodził się w 1946 r. w Mogilnie. Jego ojciec był tam szewcem. Kiedy w latach stalinowskich władze nakazały zlikwidować mu zakład, w domu zrobiło się biednie. Ojciec liczył na to, że najstarszy syn pomoże w utrzymaniu rodziny. Dlatego nie był zbyt zadowolony, kiedy Jan, w pogoni za wiedzą, wyrwał się do liceum w Gnieźnie. Bywał tam zresztą często już w dzieciństwie, bo w Gnieźnie mieszkała jego babcia. Każdego roku przyjeżdżał do niej na wakacje i właśnie wtedy po raz pierwszy przyglądał się prowadzonym w gnieźnieńskiej Katedrze pracom konserwatorskim. Z czasów szkoły średniej szczególnie zapamiętał polonistkę – prof. Reginę Kołodziejską. Była prawdziwym wychowawcą: To od niej uczył się dobrych manier, zachowania przy stole, właściwego posługiwania sztućcami. Rozczytywał się w książkach (w domu była tylko Biblia i modlitewnik), fascynowała go historia. Po maturze wstąpił do gnieźnieńskiego seminarium. W maju 1971 r. z rąk prymasa Stefana Wyszyńskiego przyjął święcenia kapłańskie, został wikarym w Strzałkowie. Kilka miesięcy później ks. Prymas wezwał go do siebie. – Synu, chciałbym – powiedział – żebyś zdawał na studia z historii sztuki na KUL.
W ten sposób spełniły się jego najskrytsze marzenia. Po studiach w 1980 r. wrócił do Gniezna – został nieformalnym kustoszem gromadzonych w Katedrze zbiorów sztuki sakralnej. Wielokrotnie pokazywał je wycieczkom, turystom. Jest pasjonatem. Godzinami potrafi opowiadać o zabytkach: wyciąga zdjęcia, przezrocza. Taki ma też styl prowadzenia zajęć w Wyższym Seminarium Duchownym w Gnieźnie i Wyższym Seminarium Misjonarzy Ducha Świętego - raz do roku zabiera swoich studentów w Polskę, by pokazać im piękno zabytków. Uwielbia podróżować, zwłaszcza za granicę. Ale nie jest to turystyka wypoczynkowa – zawsze przyświeca temu jakaś głębsza myśl: tędy wędrował św. Wojciech, tu działał św. Paweł, to jest ojczyzna Jezusa.
Od kiedy został proboszczem parafii farnej w Gnieźnie ciągle coś remontuje, buduje, naprawia. Wszyscy zgodnie przyznają: przed jego przyjściem fara wołała o ratunek, teraz jest ozdobą Gniezna. I nikt nie zaprzecza: to zasługa ks. Jana. On jednak odbija piłeczkę: to dzięki ofiarności moich parafian. Nie lubi prosić o pieniądze, ale chcąc przywracać zabytkom ich blask, nie ma innego wyjścia. Więc prosi, a ludzie... dają. Raz w miesiącu podczas komunikatów duszpasterskich informuje parafian, na co zostały wydane pieniądze. Niektórzy sceptycznie patrzą na jego poczynania: Kiedy powiedział parafianom, że chce odnowić stary, rozpadający się mur wokół świątyni, stukali się palcem w czoło. Dali się przekonać. Zabytkowy mur odnowiono. Parafianie lubią go i podziwiają, choć sam przyznaje, że jest wymagającym proboszczem. – Ale w każdym szanuję godność człowieczeństwa – uważa, że najważniejsza jest dobroć i uśmiech, i stara się o tym nie zapominać. – Może bywam surowy, ale nigdy ludzi nie gnębię.
Czasem ponoszą go nerwy: wyprowadzony z równowagi potrafi podnieść głos. Może być różnie odbierany, ale cieszy się ogromnym szacunkiem wśród gnieźnian. Jest raczej domatorem - w ciągu dnia ma mnóstwo obowiązków, dlatego wieczorem woli posiedzieć w domu: poczytać książki, posłuchać muzyki, zwłaszcza klasycznej. Zresztą miło posiedzieć w urządzonym ze smakiem domu, gdzie na ścianach wiszą piękne obrazy, na półkach stoją książki, a dookoła stare, antyczne meble. Ks. Jan przywiązuje wagę do wspólnych posiłków. – Lubi, gdy wszyscy spotykamy się codziennie przy stole – mówi jeden z jego wikarych. I nigdy nie zapomina o swojej życiowej dewizie: "Jak się Panu Bogu odpowie pozytywnie, to da to, co potrzeba".
Tekst: Gazeta Wyborcza (11-01-01) Katarzyna Kolska.